Wyniki dla kategorii ‘Absurdy’:
Niech odśnieżają ochotnicy i inwalidzi
Zima nie ustępuje, codziennie dostarczając nam nowych porcji śniegu. Służby miejskie i firmy, które wygrały przetargi nie nadążają z odśnieżaniem, dlatego też poszukują pomocy, ale… tylko wśród osób niepełnosprawnych.
W związku z niedoborem rąk do pracy, w urzędach pracy pojawiła się zwiększona liczba ogłoszeń adresowanych do osób zainteresowanych pracą przy usuwaniu śniegu. Bartłomiej Dana z łódzkiej “Gazety Wyborczej” skontaktował się z Powiatowym Urzędem Pracy nr 2 w Łodzi, gdzie dowiedział się, że rzeczywiście, ogłoszeń jest sporo, chociaż dotyczą wyłącznie “machania łopatą”. W takiej pracy nie ma oczywiście nic złego i jeśli jest w miarę dobrze płatna, to na pewno chętnych byłoby sporo. I tu pojawia się problem - niestety, jest to oferta adresowana wyłącznie do osób niepełnosprawnych. Na pytanie, czy to oznacza, że osoba pełnosprawna, nie może pomóc w odśnieżaniu miasta, urzędniczka odpowiedziała: “Nie na etacie. Tylko na własną rękę.”
Można się domyślić i zrozumieć, że w Polsce o zatrudnieniu bardzo często decydują względy tzw. “ZUS-owskie”, ale ciężka praca fizyczna tylko dla inwalidów to jeden z naszych, typowo polskich absurdów. Zwłaszcza że osoba pełnosprawna nie może liczyć nawet na zatrudnienie za niższą stawkę, po uwzględnieniu różnicy kosztów pracy.
Źródło: Za zwały śniegu w mieście odpowiedzialni są… inwalidzi
Marno-trawnik
Historia ma swój początek latem ubiegłego roku. Wtedy to wyremontowano ulicę Narutowicza na odcinku od Uniwersyteckiej do Kopcińskiego. Remont zakończył się miłą niespodzianką - we wrześniu na wzdłużchodnicznych klepiskach pojawiła się od wielu lat w tej okolicy niewidziana trawa. Nie uznano jednak za celowe ogrodzenia trawników, w wyniku czego trawa już od pierwszej chwili po rozwinięciu z rolek (metoda ekspresowa - nie trzeba czekać, aż urośnie) była i jest systematycznie rozjeżdżana przez kierowców, odreagowujących w ten sposób swoje frustracje oraz niedobór miejsc parkingowych w mieście. Na odnowę trawników przeznaczono określoną, zapewne niemałą kwotę z pieniędzy podatników, a tymczasem okazało, że trawniki wracają do stanu sprzed remontu. I tak marnowane są środki przeznaczone na przywrócenie klepiskom funkcji trawnikowej.
Jeszcze we wrześniu ub.r. w sprawie trawników z Narutowicza postanowił interweniować Witold Kopeć, częsty użytkownik tej ulicy. Od wicedyrektora (późniejszego dyrektora) Zarządu Dróg i Transportu otrzymał odpowiedź, że że słupki tam co prawda postawione nie zostaną, bo “tworzenie lasu słupków byłoby technicznie i ekonomicznie nieuzasadnione i nieestetyczne”, ale za to “liczymy na kulturę kierowców i mieszkańców naszego miasta oraz oraz przestrzeganie przepisów prawa”. I w ten sposób skazano trawniki na dalsze rozjeżdżanie.
Wtedy to właśnie narodził się pomysł, by jeden z trawników, najbardziej upodobany przez buraków parkingowych, oznakować tablicą z cytatem z pisemnej odpowiedzi ZDiT. Witold i jego znajomi ufundowali tablicę, by przypominała kierowcom, że należy zachować kulturę (może chociaż jeden na tysiąc wziął to sobie do serca?), a przechodniom o tym, że jesteśmy w Polsce, kraju urzędniczych absurdów, gdzie najważniejsze jest, żeby odebrać inwestycję w terminie - najlepiej uroczyście, z przecięciem wstęgi w świetle fleszów - a to, co dalej się z nią dzieje, to już nieistotne.
Mija właśnie rok od postawienia tablicy. Ale samej tablicy już w tamtym miejscu nie ma. Nie przetrwała zbyt długo, po paru tygodniach została rozjechana razem z trawnikiem. Jak widać na załączonych zdjęciach, na kulturę kierowców liczyć nie można. Okoliczni mieszkańcy się jednak nie poddają i próbują ratować niektóre trawniki na własną rękę, wbijając kołki, kładąc kamienie i cegły, co nie zawsze wygląda estetycznie.
I nie rozwiązuje problemu, ale udało się trawę przynajmniej częściowo ocalić przed zniszczeniem. Udowodnili w ten sposób, że można sobie poradzić bez przetargów i ogromnych funduszy. Wymaga to jednak wysiłku i zaangażowania. Szkoda, że w tej i wielu podobnych sytuacjach zabrakło odrobiny dobrej woli ze strony urzędników. Mam nawet wrażenie, że dla osób reprezentujących ZDiT walka obywateli o uratowanie trawników jest w jakiś sposób niewygodna. Być może woleliby, żeby trawniki uległy całkowitemu zniszczeniu, żeby później rozpisać przetarg na położenie trawy od nowa?
Ulica Narutowicza to nie jedyny przypadek wyrzucenia pieniędzy podatników - dosłownie - w błoto. Przypomnę choćby ulicę Kamińskiego, gdzie roboty prowadzone przez Łódzką Spółkę Infrastrukturalną (a właściwie jej podwykonawcę) doprowadziły najpierw do zalania nowo położonych trawników (kosztowały 40 tys. zł), a następnie do ich rozjechania przez ciężkie maszyny. Bezmyślność polegająca na nieogradzaniu nowo posianej/zainstalowanej trawy jest nagminna (”ekonomicznie uzasadniona”?), a jedyną metodą podlewania trawników jest czekanie, aż spadnie deszcz. Jednocześnie nie dba się o to, by kierowcy mieli gdzie zaparkować. Od lat mówi się o parkingach wielopoziomowych, ale poza mówienie to jak na razie nie wykroczyło. Grupa radnych proponowała stworzenie podziemnego parkingu pod placem Dąbrowskiego (znajduje się tam m.in. sąd okręgowy i apelacyjny, Teatr Wielki oraz siedziba Mazowieckiej Spółki Gazownictwa, gdzie przyjeżdża wiele osób uregulować należności za gaz). Zamiast parkingu postawiono jednak kosztowną fontannę z melodyjką, bo zwolennikiem takiej koncepcji był mieszkający w pobliżu prezydent Jerzy Kropiwnicki. Miejmy jednak nadzieję, że z czasem zaczną powstawać inne parkingi niż te dziadowskie, powstałe w dziurach po wyburzonych kamienicach, czyli plastikowa budka + plastikowy szlaban + plastikowa sławojka + cieć-rencista. Ale nawet tworzenie parkingów nie rozwiąże problemu tych kierowców, którzy nawet mając do wyboru: wjechać na trawnik czy postawić samochód na parkingu i przejść 10 metrów, zawsze wybiorą ten pierwszy wariant. Trawniki muszą być po prostu przed takimi kierowcami zabezpieczane.